wtorek, 3 marca 2015

Dzięki jazzowi spotykamy się we Wrocławiu

O historii Jazzu nad Odrą i jego znaczeniu dla Wrocławia rozmawiamy z Pawłem Romaszkanem, dyrektorem Biura Promocji Miasta UM Wrocławia.

Dlaczego Wrocław promuje się właśnie przez muzykę jazzową?

Jazz to muzyka, w której jest dużo improwizacji, wkładu własnego i myślę, że na tym też polega rola Wrocławia. To był i jest znak firmowy, marka Wrocławia jako miejsca, w którym kulturalnie dużo się dzieje. Cała inwestycja miasta w festiwal i próba jego promowania właśnie temu służą.

Jak przebiega współpraca miasta z CS Impart, które gości większość koncertów?

Impart jest niezawisłą instytucją - program to ich działalność, w którą nie ingerujemy. Impart organizuje festiwal, a zadaniem miasta, głównie Wydziału Kultury, jest ocena, czy pomysł jest dobry. My (Biuro Promocji Miasta – przyp. J.B.) reprezentujemy cały Urząd Miasta, współpracujemy więc też z Wydziałem Kultury.

Czym dla Pana, jako wrocławianina, jest Jazz nad Odrą?

Festiwal ma swoją ogromną historię. Pamiętam edycje Jazzu nad Odrą sprzed 15, 20 lat. Jest to impreza, która ma swoja tradycje i dobrze jest, że ta tradycja powraca, zwłaszcza że jazz nie jest popularnym gatunkiem muzyki.

Jazz odpowiada aktywnym ludziom i oni mogą w tym momencie poznać się, spotkać. Fenomenem tego miasta jest to, że wszyscy skądś są. Jazz nad Odrą realizuje właśnie tę ideę – Wrocław, miasto spotkań. Festiwal jest wyzwaniem nie tylko dla Wrocławia ale dla ludzi spoza Wrocławia, bo pokazuje, że miasto jest otwarte.

Joanna Bolanowska

piątek, 19 grudnia 2014

Chciałem spróbować nowoczesnego grania – wywiad z Lionelem Loueke

O pierwszej gitarze, inspiracjach muzycznych oraz o rzuceniu perkusji dla strun rozmawiamy z Lionelem Loueke, jednym z najwybitniejszych gitarzystów jazzowych młodego pokolenia.

Krzysztof Krzemień: - Czy pamięta Pan swoją pierwszą gitarę?

Lionel Loueke: - Oczywiście, że tak. Nie pamiętam marki, ale to była gitara klasyczna. Bardzo, bardzo stara. Przyjaciel mojego brata przywiózł ją z Paryża. Zajęło mi prawie rok, żeby oddać mu za nią pieniądze, bo była dla mnie bardzo droga. Kosztowała około 300 dolarów, więc niezbyt dużo, ale dla mnie były to ogromne pieniądze.

- Początkowo grał Pan na perkusji. Dlaczego rzucił ją pan dla gitary?

- Była moda na nowoczesne granie. Wszyscy moi znajomi grali na gitarach czy basie, tak samo mój brat. Chciałem po prostu tego spróbować.

- Brat był Pana pierwszym nauczycielem...

- Zgadza się. Niezależnie od tego jak zaczynasz, ludzie, którzy uczą cię na początku, wywierają na ciebie bardzo duży wpływ.

- Zaczął Pan naukę gry w Afryce (Benin, potem Wybrzeże Kości Słoniowej – przyp. KK), następnie uczył się pan w Paryżu i USA. Który kraj wywarł największy wpływ na Pańską muzykę?

- Każdy kraj, w którym byłem, w jakiś sposób na mnie wpłynął, choć każdy w innny sposób. Nie mogę powiedzieć, żeby był jakiś jeden kraj, który najbardziej ukształtował moją muzykę. Ostatnio będą to na pewno Stany, gdzie teraz mieszkam i pracuję.

- Obecnie gra Pan w trio. Pochodzicie z trzech zupełnie różnych krajów (Szwecja, Węgry, Benin – przyp. KK). Jak to się stało, że spotkaliście się i zaczęliście grać razem?

- Wszyscy chodziliśmy do muzycznego college'u Berklee w Bostonie, potem Thelonious Monk Institute of Jazz w Kaliforni. Graliśmy razem przez pięć dni w tygodniu, po pięć godzin dziennie. I tak od dziewięciu lat.

- Co Pan wie o Polsce?

- Byłem tu już kiedyś na koncercie, ale nie widziałem za dużo, zagrałem tylko na festiwalu. Mam za to kilku przyjaciół z Polski, z którymi studiowałem na Berklee. Może jutro pójdziemy się przejść i zobaczę trochę miasta.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Być kobietą… w jazzie

Chociaż w muzyce jazzowej dominują mężczyźni, myliłby się ten, kto uważa, że kobiety są tu tylko estetycznym dodatkiem do dźwięków. Oczywiście, jest ich mniej, ale nadrabiają to charakterem, nie tracąc przy tym nic z kobiecego wdzięku. Przedstawiamy kilka najoryginalniejszych współczesnych artystek jazzowych.

Najbardziej znaną wokalistką jazzową jest bez wątpienia Diana Krall

- Kobiety wprowadzają do jazzu kolor i ekspresję i są nie tylko miłym dla oka dodatkiem do zespołu, ale też wymagającym partnerem. Grają na wszystkich instrumentach jazzu i są bardzo wyraźnymi osobowościami i zwykle liderami swych zespołów – stwierdza Zbigniew Lewandowski, wrocławski perkusista. Najlepszym dowodem na słuszność tych słów jest Diana Krall, charyzmatyczna gwiazda tegorocznego JnO. I chociaż to na jej występ niecierpliwie czekamy, warto przypomnieć sobie inne wielkie kobiece indywidualności.

Madeleine Peyroux

Tej divy zeszłorocznego JnO nie trzeba nikomu przedstawiać. Często porównywana ze względu na barwę głosu do Billie Holliday, wokalistka łączy w sobie najlepsze cechy wielkiej jazzowej damy. Z jednej strony jest to subtelna artykulacja z towarzyszeniem gitary. Z drugiej – poruszająca głębia, z jaką powraca do przeszłości, śpiewając utwory m.in. Edith Piaf i Charliego Chaplina. Francusko-amerykańskie pochodzenie Peyroux sprawiają, że jej muzyka to przenikanie amerykańskich tradycji jazzowych i rzewnej francuskiej melodyki. Dodajmy do tego osobisty kontakt z widzami i bezpretensjonalny image, a otrzymamy artystkę ponadczasową.

Candy Dulfer

Holenderska saksofonistka jest żywym zaprzeczeniem stereotypu jazzowej kobiety. Przede wszystkim – choć potrafi śpiewać, wybrała głównie muzykę instrumentalną i od 14. roku życia kieruje swoimi zespołami. Nie boi się też eksperymentować - chętnie bawi się ciepłą barwą saksofonu altowego, sięgając po klimaty funky i pop. O uniwersalności jej stylu świadczy fakt, że współpracowała m.in. z Madonną czy Pink Floyd. Otwarcie na muzykę popularną i jazzowy pazur już teraz stawiają Dulfer w jednym szeregu z mistrzami smooth jazzu.

Stacey Kent

Zanim przypadkowo trafiła do londyńskiej szkoły jazzu, Kent studiowała porównywanie literatury europejskiej. I nie sposób oprzeć się wrażeniu, że głębię znalezioną w książkach przeniosła na grunt swojej muzyki. Mimo że od lat znakomicie funkcjonuje w strefie jazzu, jej głos jest jakby z innej bajki. Brak w nim chrypki i estradowych „czarnych” nut. Zamiast tego słyszymy niezwykle subtelny, miejscami rozpływający się w powietrzu wokal o nieco dziecięcej barwie. Nie dajmy się jednak zwieść – pod pozorami prostoty Stacey ukrywa perfekcyjne frazy i dopracowany podkład instrumentalny. A przede wszystkim romantyzm w najlepszym znaczeniu tego słowa, bo o miłości śpiewa od samego początku kariery. I udaje się to jej jak nikomu.

Urszula Dudziak

Dudziak to kolejna perła jazzu, która występowała na festiwalu Jazz nad Odrą. Obdarzona pięciooktawowym głosem wokalistka należy do wciąż niedużego grona Polaków, którym udało się przebić w jazzowym światku Stanów Zjednoczonych. Świetny głos w połączeniu z brawurową wokalizą sprawił, że mogła swobodnie muzykować z takimi postaciami, jak Lester Bowie czy Bobby McFerrin. W dodatku dochowała się równie zdolnej córki, czyli Miki Urbaniak, która obecnie stawia coraz śmielsze solowe kroki na jazzowej scenie.

Joanna Bolanowska

czwartek, 28 marca 2013

Jaki nocleg jest najlepszy na festiwal miejski?

Wiele festiwali odbywa się w dużych miastach, często w ścisłym centrum. Nawet w takich lokalizacjach jak Wrocław, sam rynek potrafi być zamknięty na potrzeby wydarzeń muzycznych, filmowych, czy sportowych. Ma to oczywiście swoje minusy, jeśli planujemy wycieczkę na takie wydarzenie. Niestety, nie da rady wziąć ze sobą namiotu i rozbić go na starówce. Dla osób, które jednak nie wymagają zbyt dużego komfortu, istnieje podobne rozwiązanie - stosunkowo tanie, zwłaszcza jeśli wybierzemy się większą grupą.
Mowa oczywiście o hostelach. Te często łączą się w sieci i dysponują ciekawymi ofertami, np. noclegami w samym sercu Wrocławia. Charakterystyczną cechą hosteli jest oferowanie miejsc często w pokojach nawet sześcioosobowych, ośmioosobowych. Często jednak też, można równie dobrze zdecydować się na izolację, czyli pokój jednoosobowy. I tak w przypadku takiego rozwiązania wyjdzie nas to taniej, niż przy średniej klasy hotelach.

Siła robocza festiwali: tłumacze

Wielkie, jak i te mniejsze festiwale, opierają się na tym, że oferują widzom możliwość zetknięcia się z kulturą i osobami, które na co dzień są trudno dostępne z rozmaitych powodów - czy to dlatego, że są zajęte pracą, życiem prywatnym, czy też ze względu na przebywanie na drugim końcu globu.
Gwiazdy przybywające do obcego miasta i kraju wymagają opieki. Osób, które pomogą im się poruszać po okolicy i zaplanować dzień. Takie osoby muszą mieć znajomości obcego języka. Przy większych festiwalach powstają specjalne biura obsługi gości, które zajmują się tylko i wyłącznie takimi postaciami. Warunkiem podstawowym pracy w takim miejscu jest znajomość pożądanego języka obcego. W przypadku festiwali filmowych istnieje zapotrzebowanie na osoby posługujące się niemieckim, rosyjskim, francuskim, hiszpańskim, japońskim, czeskim, ale oczywiście też osoby zdolne do tłumaczenia angielskiego. Jest to język uważany za uniwersalny, dlatego często nawet jeśli dany gość rdzennie posługuje się innym językiem, dyskusje i tak prowadzone są w języku Hollywood.